Co ma wspólnego Barbra Straisand z Wysocką-Schnepf i Stanowskim?

Gdyby ktoś chciał zobaczyć efekt Streisand w warunkach laboratoryjnych, nie musi studiować przypadków ze świata. Wystarczy spojrzeć na konflikt między Krzysztofem Stanowskim a Dorotą Wysocką-Schnepf, w którym próba zablokowania jednego określenia nie tylko nie wyciszyła sporu, lecz wyniosła go na poziom wiralowej atrakcji. Decyzja o wystąpieniu o sądowy zakaz używania zwrotu „arcykapłanka propagandy” miała przywrócić kontrolę nad narracją – w praktyce uruchomiła mechanizmy, które całkowicie ją odebrały. To studium przypadku pokazujące, jak łatwo w epoce memów, ironii i natychmiastowych reakcji informacja wymyka się spod kurateli, a dobrze znane narzędzia prawne zaczynają działać dokładnie odwrotnie, niż zakładano.

W polskim życiu publicznym bywają takie chwile, kiedy mam nieodparte wrażenie, że oglądam komedię. I to nie wiadomo który raz, bo scenariusz dobrze znam. Trudno go zresztą nie znać, gdy wszystko toczy się tak, jakby został żywcem przepisany z podręczników do komunikacji kryzysowej. Tak właśnie wygląda spór między Krzysztofem Stanowskim a Dorotą Wysocką-Schnepf: wymiana ciosów w przestrzeni medialnej, następnie eskalacja jako pokaz siły, której już nikt nie kontroluje. A później… Jest już tylko gorzej!

Stanowski od miesięcy wytykał Wysockiej-Schnepf jej rolę w TVP, coraz mocniej dokręcając śrubę komentarzy i sformułowań. W pewnym momencie padło określenie “arcykapłanka propagandy”. Zwrot celny jak strzał snajpera: donośny, kąśliwy, zapamiętywalny a wręcz memiczny. Wysocka-Schnepf uznała jednak, że Rubikon został przekroczony i skierowała sprawę do sądu domagając się ochrony dóbr osobistych.

No i się zaczęło… Stało się dokładnie to, co zwykle dzieje się, gdy internetowe sporty trafiają na wokandę. Sąd na wniosek Wysockiej-Schnepf wydał postanowienie o środku zabezpieczającym zakazując Stanowskiemu nazywania dziennikarki “arcykapłanką propagandy” przez rok. W teorii miało to uporządkować debatę. W praktyce Wysocka-Schnepf domagając się takiego zabezpieczenia nie odwróciła snajperskiej strzelby w stronę Stanowskiego, lecz skierowała lufę prosto w swoją głowę. Internet potraktował zakaz jak czerwony guzik z napisem “nie dotykać”, po czym – zaczął go wciskać z uporem maniaka i to tysiące razy. Hasło, które jeszcze chwilę wcześniej w przestrzeni publicznej istniało jako element ostrej publicystyki, nagle zaczęło żyć własnym życiem. Ba! Stało się wiralowym memem!

W tym miejscu o konflikcie dwóch osób staje się już historią o zjawisku dużo większym. Bo to, co rozlało się po sieci w ciągu następnych dni, to klasyczna, wręcz modelowa demonstracja tzw. efektu Straisand. I właśnie od tego momentu warto zacząć poważniejszą analizę.

Czym zawiniła Barbra Straisand?

Historia efektu Straisand zaczyna się od jednego, niepozornego zdjęcia, które – gdyby nie podjęto próby jego usunięcia – najpewniej leżałoby w archiwum bez większego echa po dziś dzień. W 2003 roku fotograf Kenneth Adelman prowadził dokumentację fotograficzną kalifornijskiego wybrzeża fotografując tysiące kilometrów w celu monitorowania erozji klifów. Pech w tym, że na tym samym wybrzeżu swoją posiadłość miała właśnie Barbra Straisand, której dom w Malibu znalazł się na fotografiach. Zdjęcie było jednym z wielu – nie wyróżniało się niczym szczególnym. Przynajmniej do czasu, aż Straisand postanowiła pozwać fotografa i zażądać usunięcia fotografii z sieci.

W tym właśnie miejscu nastąpił zwrot akcji, który przeszedł do historii. Przed pozwem zdjęcie zostało pobrane… Sześć razy! Z czego dwukrotnie przez samych prawników aktorki. Po wniesieniu pozwu fotografię pobrano czterysta razy w ciągu kilku tygodni. To, co miało zniknąć, stało się globalnym newsem, symbolem i przestrogą. Tak narodził się termin “efekt Straisand” – chyba jedno z najbardziej przewrotnych zjawisk komunikacyjnych XXI wieku.

W literaturze efekt Straisand zwykle definiuje się jako sytuację, w której próba usunięcia, stłumienia lub ograniczenia dostępu do informacji prowadzi do gwałtownego wzrostu jej zasięgu. Badania nad obiegiem informacji – od prac dotyczących reaktancji po analizy wiralowego rozprzestrzeniania się treści – wskazują na to samo. Im bardziej odbiorca czuje, że ktoś chce mu coś odebrać, tym większą wartość przypisuje tej treści. W sferze public relations zjawisko to bywa opisywane jako przykład efektu odwrotnego, czyli sytuacji w której komunikat działa odwrotnie, niż zakładano. W teorii informacji mówi się natomiast o wzmocnieniu sygnału poprzez próbę jego wyciszenia – paradoks znany od lat w analizie systemów złożonych.

Dlaczego tak się dzieje? Wszystko tłumaczy psychologiczna teoria reaktancji – mechanizmu opisywanego już w latach 60 dwudziestego wieku, polegający na naturalnym oporze wobec ograniczania swobód. To proste! Gdy komuś zakazuje się dostępu do treści, mózg interpretuje to jako utratę kontroli i zaczyna postrzegać zakazaną informację jako dobro deficytowe. Z kolei socjologia internetu dokłada do tego własną cegiełkę tzw. “społecznego skandalu informacji” twierdząc, że zakaz generuje podejrzenie, że dana treść musi być ważna, skoro ktoś chce ją cenzurować. Nie bez znaczenia jest też teoria dynamiki sieci zgodnie, z którą każda próba blokowania staje się treścią samą w sobie a ta treść mnoży się szybciej niż oryginał. Widzimy to na przykładzie sporu pomiędzy Wysocką-Schnepf a Stanowskim, gdzie informacja o wydanym przez sąd środku zapobiegawczym stała się replikatorem bon motu “arcykapłanka propagandy”.

Kultura internetu domyka cały mechanizm żartem. Nic nie napędza memów skuteczniej, jak oficjalny zakaz. W internecie nic nie ginie! Zwykle to co chcemy usunąć, jest już dawno ściągnięte przez jakiegoś internautę na dysk. Ponownie udostępnione staje się żartem, frazą powtarzaną ironicznie, a czasem nawet symbolem wolności słowa w pigułce. W efekcie próba kontroli informacji zaczyna przypominać próbę trzymania dymu w dłoniach – im mocniej ściskasz, tym szybciej wymyka się przez palce.

I właśnie ten zestaw mechanizmów – psychologicznych, społecznych, kulturowych – sprawia, że każda próba wymazywania słowa z przestrzeni publicznej ma dziś szansę przerodzić się w falę, która wyniesie to słowo wyżej, niż ktokolwiek się tego spodziewał. A to prowadzi nas do pytania, jak dynamika zadziała w przypadku Stanowskiego i Wysockiej-Schnepf. Tu zaczyna się najciekawsza część opowieści.

Arcykapłanka propagandy - jak nadmuchano temat

Kiedy Dorota Wysocka-Schnepf zwróciła się do sądu o zakaz używania wobec niej określenia „arcykapłanka propagandy”, miało to być narzędzie obrony dóbr osobistych i tamy dla ostrej publicystyki. W jej zamyśle był to zapewne ruch porządkujący – jasny sygnał, że granica została przekroczona, a dalsze używanie tego zwrotu nie będzie tolerowane. W praktyce właśnie to żądanie stało się iskrą, która zapaliła cały stos. Gdy sąd przychylił się do wniosku i formalnie zakazał używania tego konkretnego sformułowania na rok, przekształciło to zwykły epitet w słowo „objęte ochroną”, a więc – paradoksalnie – w słowo o podwyższonej wartości. W kulturze internetu taki zakaz działa jak taśma ostrzegawcza na placu budowy: nie tyle odstrasza, ile przyciąga.

Reakcja była natychmiastowa. Internet potraktował decyzję nie jako gest sądu, lecz jako demonstrację siły powódki – próbę ingerencji w język i granice debaty. A to jest coś, czego media społecznościowe wyjątkowo nie lubią. W ciągu kilku godzin fraza, która wcześniej była jednym z wielu zaczepnych zwrotów w sporze Stanowski–Wysocka-Schnepf, zaczęła funkcjonować jako rodzaj zakazanego totemu. Na platformie X pojawiły się wpisy powtarzające zwrot ironicznie albo parafrazujące go tak, by ominąć zakaz, ale zachować sens. Pod artykułami portali newsowych pojawiły się setki komentarzy, których autorzy – jedni z humorem, inni z przekąsem – cytowali zakazane sformułowanie, podkreślając, że skoro nie wolno, to tym bardziej warto.

To nie była reakcja emocjonalna, ale systemowa. Internet działa jak zbiorowy organizm reagujący na bodźce: zakaz jest jednym z najsilniejszych bodźców, jakie można mu podsunąć. Użytkownicy nie muszą uzgadniać swoich działań – powtarzalność reakcji wynika z samej logiki sieci. W momencie, gdy informacja o zakazie zaczyna krążyć, jej treść automatycznie zyskuje rangę tabu. A tabu, jak wiemy, w przestrzeni cyfrowej nie jest zamykane w szafie, na klucz – ono jest wyciągane na światło dzienne, obracane w żart, przerabiane na mem, cytowane na przekór.

Skala tej eksplozji była zauważalna gołym okiem. W ciągu doby od ujawnienia postanowienia zwrot zaczął funkcjonować już nie jako epitetyczna szpila wymierzona w konkretną dziennikarkę, ale jako samoistny wiral. Znikał kontekst pierwotnej wypowiedzi, a pojawiał się kontekst zakazu: użytkownicy cytowali frazę nie dlatego, że interesował ich spór, ale dlatego, że chcieli skomentować sam fakt próby ograniczenia słowa (np. “teraz już tylko kapłanka a nie arcykapłanka”, “detronizacja arcykapłanki propagandy”). To moment, w którym przekaz staje się meta-przekazem – klasyczna dynamika efektu Streisand.

W efekcie „arcykapłanka propagandy” zaczęła żyć własnym życiem: funkcjonować w memach, ironicznych postach, publicystycznych analizach i rozmowach o wolności słowa. Wyrażenie, które miało zostać z przestrzeni publicznej usunięte, zostało w niej osadzone mocniej, niż kiedykolwiek mogłoby być dzięki samemu Stanowskiemu. To przykład zjawiska, w którym nie intencja decyduje o skutkach, ale mechanizm komunikacyjny, który nie wybacza prób zamykania słów pod kluczem. I to właśnie prowadzi nas do szerszej refleksji o tym, jak działa internet, gdy ktoś próbuje nim zarządzać metodami charakterystycznymi dla świata analogowego.

Co można zrobić inaczej i kiedy iść do sądu?

Gdy patrzy się na tę sytuację z dystansu, trudno oprzeć się wrażeniu, że cała sprawa mogła potoczyć się inaczej. I to nie dlatego, że Wysocka-Schnepf nie miała prawa domagać się ochrony dóbr osobistych – bo miała. Problem polega na tym, że w sporach medialnych sam dobór narzędzi często decyduje o tym, czy konflikt zostanie wygaszony, czy rozdmuchany jak pożar na wietrze. W tym przypadku sięgnięcie po najcięższy kaliber, jakim jest sądowy środek zabezpieczający, było ruchem skutecznym w sensie prawnym, ale komunikacyjnie obarczonym wysokim ryzykiem. Istniały przecież inne, bardziej miękkie strategie: oficjalne stanowisko, mediacja, odpowiedź w mediach, rozmowa z redakcją, a nawet zwykłe wejście w narrację przeciwnika i jej przewrotne odwrócenie. Każda z nich mogłaby zadziałać równie stanowczo, ale bez uruchamiania mechanizmów, które w internecie prowadzą prosto do efektu Streisand.

To skłania do pytania, kiedy w ogóle warto iść z dziennikarzem do sądu. Doświadczenie pokazuje, że postępowania sądowe mają sens wtedy, gdy ktoś atakuje Twoją prywatność, insynuuje przestępstwa, narusza Twoje bezpieczeństwo lub godność w sposób ciągły i uporczywy. W takich sytuacjach reakcja prawna jest narzędziem nie tyle z wyboru, co z konieczności. Natomiast w sporach czysto publicystycznych – zwłaszcza tam, gdzie chodzi o ostry komentarz, publiczny epitet czy memiczny przytyk – sąd staje się bronią o nieprzewidywalnym rykoszecie. Bo nawet jeśli wygrasz na papierze, możesz przegrać w sferze symbolicznej. Dla opinii publicznej nie będzie miało znaczenia, co mówi paragraf – znaczenie będzie miało to, że „ktoś zakazał słowa”, a to zjawisko, które ludzie traktują jak wyzwanie.

Właśnie dlatego czasem naprawdę „mniej znaczy więcej”. W komunikacji publicznej jest to jedna z najtrudniejszych lekcji, bo intuicja każe reagować, odpowiadać, doprecyzowywać. Ale bywa, że najlepszą strategią jest nie gaszenie pożaru benzyną. Ostre określenie często umiera naturalną śmiercią: żyje dwa, trzy dni, a potem znika pod naporem kolejnych skandali i mikroafer. Jednak kiedy zaczynasz z nim walczyć, zwłaszcza instytucjonalnie, nadajesz mu wagę, której nigdy wcześniej nie miało. W efekcie słowo, które mogło zostać jedynie doraźnym, publicystycznym strzałem, staje się elementem historii – i to historii, której finału już nie kontrolujesz.

A to prowadzi do najważniejszej prawdy współczesnego PR-u: w erze memów kontrola narracji jest często iluzją. Można planować strategię, przewidywać reakcje, analizować scenariusze – a po drugiej stronie pojawia się kilkuset użytkowników internetu, którzy jednym wiralowym żartem przewracają całą konstrukcję. Memy, ironia i autoironia stały się nowym językiem debaty publicznej, a ten język działa według zasad, nad którymi nikt nie ma pełnej kontroli. I właśnie dlatego każda decyzja o wejściu na drogę sądową powinna być poprzedzona pytaniem: czy to problem prawny, czy tylko burza w komentarzach, która minie szybciej, niż zdążymy napisać wniosek o zabezpieczenie? Bo czasem największą przewagą jest nie to, co powiesz ale to, czego świadomie nie powiesz.

Dziś nie wygrywa ten, kto ma rację, lecz ten, kto rozumie dynamikę obiegu informacji!

Ostatecznie ta historia pokazuje coś znacznie więcej niż tylko pojedynek dwóch osób publicznych. Pokazuje, jak bardzo zmieniły się reguły gry w świecie, w którym każdy ma dostęp do megafonu, a najmniejszy zakaz potrafi uruchomić lawinę reakcji. Wysocka-Schnepf chciała zatrzymać jedno słowo – to ludzkie, zrozumiałe i prawnie jak najbardziej dopuszczalne. Ale internet nie jest salą sądową, w której ktoś czeka, aż przewodniczący udzieli głosu. To żywy organizm, który ma własne odruchy, a jednym z najsilniejszych jest natychmiastowe powtarzanie tego, co ktoś próbuje ukryć.

Paradoks polega więc na tym, że próbując zdusić przekaz, można go niechcący spotęgować. Próba wymazania jednego bon motu zamienia go w symbol sprzeciwu wobec ograniczeń, a czasem w mem, który żyje dłużej niż pierwotna treść, którą miał zastąpić. To lekcja, która powinna wybrzmieć szczególnie mocno wśród osób funkcjonujących w przestrzeni publicznej: dziś nie wygrywa ten, kto ma rację, tylko ten, kto rozumie dynamikę obiegu informacji. Czasem wystarczy nie trzymać dymu w dłoniach, żeby przestał drażnić oczy.

I może właśnie to jest największa ironia tej historii. W sporze o jedno słowo wygrał nie Stanowski, nie Wysocka-Schnepf, nie sąd – tylko mechanizm komunikacyjny, który działa bez udziału wszystkich zainteresowanych. Efekt Straisand nie potrzebuje złej woli, spisku ani wielkich kampanii. Wystarczy jeden nadgorliwy ruch, jedno pismo złożone w sądzie, jedna decyzja, która w świecie analogowym miałaby znaczenie, a w świecie cyfrowym staje się paliwem. Z tego paliwa internet potrafi zrobić wszystko: żart, hymn, symbol, mem – i to w tempie, które nie daje nikomu szans na kontrolę.

Dlatego morał jest prosty. W czasach, w których informacja rozchodzi się szybciej niż zamiar, a żart szybciej niż wyjaśnienie, najlepszą strategią bywa ostrożność. Czasem naprawdę warto dać słowu umrzeć śmiercią naturalną. Bo każde inne rozwiązanie może sprawić, że zamiast cicho zgasnąć, stanie się ogniskiem, które płonie dłużej, głośniej i jaśniej, niż ktokolwiek planował. A wtedy nie pozostaje nic innego, jak patrzeć, jak płomień rośnie – i zastanawiać się, dlaczego nikt wcześniej nie wpadł na to, że wystarczyło nie dmuchać.

Picture of Adam Stępka

Adam Stępka

Autor tego bloga. Specjalista public relations oraz ratownik medyczny. W swojej codziennej pracy nie tylko ratuje ludzkie życie, ale także wizerunek podmiotów medycznych.