Edukacja zdrowotna: lekcja, której nie możemy odwołać

W XXI wieku latamy w kosmos, rozbijamy atomy na cząsteczki elementarne i tworzymy programy komputerowe wykorzystujące sieci neuronowe. Jednocześnie nie wiemy, kiedy wezwać pogotowie ratunkowe a do lekarza rodzinnego w dorosłym życiu przychodzimy z mamą lub żoną. Tak! Polacy wciąż wykazują alarmująco niskie kompetencje zdrowotne. Badania dowodzą, że prawie połowa społeczeństwa ma problemy z rozumieniem podstawowych wskazówek medycznych, co prowadzi nie tylko do błędnych decyzji, ale również zwiększa koszty leczenia. „Edukacja zdrowotna” – przedmiot, który wszedł do polskich szkół z dniem 1 września 2025 roku może to zmienić.  

Polska choroba: niskie kompetencje zdrowotne.

Scena z kultowego filmu „dr House”, w którym chora na astmę kobieta poproszona przez głównego bohatera o pokazanie w jaki sposób używa swojego inhalatora wyjmuje urządzenie i zamiast włożyć je do ust, aby nabrać wdech leku, zaczyna rozpylać środek w okolicach uszu jak perfumy nie bawi żadnego medyka. Po prostu zbyt wiele podobnych przypadków widzieliśmy. W mojej niespełna dwudziestoletniej karierze zawodowej spotykałem pacjentów przyjmujących czopki doustnie. Pamiętam pacjentkę, która przepisane plastry zawierające silny narkotyczny środek przeciwbólowy traktowała jak dostępne bez recepty plastry rozgrzewające naklejając je na niemal każdy bolący staw. Osób, które w odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie zgłosiły się wcześniej do lekarza, chroniąc się w ten sposób przed rozwojem choroby, odpowiadają „myślałem, że przejdzie” nie zliczę.

Problem z edukacją zdrowotną Polaków istnieje – dostrzegają go lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni oraz przedstawiciele pozostałych zawodów medycznych. Łatwo jednak zarzucić im brak obiektywizmu. Wszak stanowisko jednej czy drugiej grupy zawodowej w kontekście ogólnopolskim może być uznawane za dowód epizodyczny. Dlatego warto przytoczyć w tym miejscu badanie HLS-EU (ang. European healt Literacy Survey), którego wynika, że Polska znajduje się w grupie krajów o jednym z najniższych poziomów kompetencji zdrowotnych w Europie. Ponad 40% dorosłych Polaków ma poważne trudności z rozumieniem i wykorzystaniem informacji medycznych [1]. W praktyce oznacza to problemy z odczytaniem zaleceń z ulotki leku, zrozumieniem wyników badań laboratoryjnych, czy decyzją, kiedy udać się do lekarza podstawowej opieki zdrowotnej, a kiedy na SOR.

Podobne wnioski płyną z raportu Szkoły Zdrowia Publicznego Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego z 2018 roku. Zgodnie z nim aż 58% dorosłych mieszkańców Polski ma ograniczone umiejętności samodzielnego korzystania z informacji zdrowotnych, szczególnie w zakresie profilaktyki [2]. To z kolei przekłada się na dramatycznie niskie wskaźniki uczestnictwa w programach badań przesiewowych – od mammografii, przez kolonoskopię, po cytologię. W wielu regionach Polski mniej niż połowa osób uprawnionych wykonuje badania profilaktyczne, a część społeczeństwa nie odróżnia badania profilaktycznego od diagnostycznego.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) od lat podkreśla, że niski poziom kompetencji zdrowotnych ma wielowymiarowe konsekwencje [4]. Prowadzi do gorszej profilaktyki i późniejszego wykrywania chorób, do nieprzestrzegania zaleceń terapeutycznych, do większej liczby hospitalizacji i wyższych kosztów dla systemu ochrony zdrowia. W Polsce skutki te są widoczne w rosnącej liczbie zgonów możliwych do uniknięcia (ang. avoidable mortality) – czyli takich, którym można byłoby zapobiec dzięki lepszej profilaktyce i wcześniejszej diagnostyce. W porównaniach OECD Polska od lat znajduje się poniżej średniej, co potwierdza, że brak edukacji zdrowotnej to nie tylko problem jednostek, ale też bariera dla całego systemu ochrony zdrowia.

Problem niskich kompetencji zdrowotnych dotyczy nie tylko dorosłych. Badania przeprowadzone w warszawskich szkołach pokazały, że uczniowie w wieku 12 lat mają poważne braki w podstawowych nawykach higienicznych [5]. 41% chłopców zmieniało bieliznę raz lub dwa razy w tygodniu, a tylko 29% codziennie. Co gorsza, aż 24% przyznało, że robi to raz w miesiącu. Podobnie wygląda sytuacja z myciem zębów czy stosowaniem dezodorantu. To twardy dowód na to, że brak edukacji zdrowotnej od najmłodszych lat prowadzi do utrwalania złych praktyk, które w dorosłym życiu skutkują chorobami przewlekłymi, niskim dobrostanem psychicznym i społecznym oraz wyższych kosztów leczenia. Skoro poziom kompetencji zdrowotnych w społeczeństwie od najmłodszych lat jest niski, czy powinien dziwić nas fakt, że co raz częściej zamiast zgłosić się po poradę do lekarza, pomocy szukamy wśród internetowych szarlatanów usiłujących wciskać strukturyzatory wody?

Edukacja zdrowotna w szkole – inwestycja w przyszłość

Obserwując całą gównoburzę wokół wprowadzenia nowego przedmiotu do szkół postanowiłem zgłębić temat. Przeanalizowałem przykładowe programy nauczania – zarówno dla szkoły podstawowej, jaki ponadpodstawowej. Nie znalazłem w nich żadnej podnoszonej przez środowiska kościelne „seksualizacji”, „deprawacji”, czy jakiegokolwiek „łamania sumień dzieci”.

Nowy program edukacji zdrowotnej został zaprojektowany w duchu holistycznym – ciało, umysł i duch jako nierozerwalna całość. To podejście oznacza odejście od wąskiego traktowania zdrowia jedynie jako braku choroby. Zdrowie zaczyna być postrzegane jako dobrostan fizyczny, psychiczny i społeczny, zgodnie z definicją Światowej Organizacji Zdrowia. Program nie ogranicza się więc do przekazywania wiedzy o higienie czy anatomii, lecz obejmuje także rozwój kompetencji psychospołecznych, naukę krytycznego korzystania z informacji o zdrowiu oraz umiejętność budowania zdrowych relacji. To umiejętności, które mają kluczowe znaczenie w świecie przepełnionym dezinformacją i niezdrowymi wzorcami stylu życia.

W szkołach podstawowych program opiera się na praktycznych elementach codziennego życia. Uczniowie uczą się, czym jest higiena osobista, dlaczego sen i odpoczynek mają znaczenie dla regeneracji organizmu, jak rozpoznawać i nazywać emocje oraz w jaki sposób radzić sobie ze stresem. Szczególnie ważne są zajęcia dotyczące odżywiania – dzieci poznają zasady zdrowego jedzenia, uczą się czytać etykiety produktów spożywczych, rozumieją znaczenie wody w diecie. Kluczowym modułem jest także rozmowa o dojrzewaniu, akceptacji własnego ciała i stawianiu granic. To obszary, które w tradycyjnym „Wychowaniu do życia w rodzinie” często były pomijane lub przedstawiane w sposób fragmentaryczny, a przecież właśnie w tym okresie młodzież kształtuje swoje poczucie tożsamości i relacji z innymi. Program przewiduje 144 godziny zajęć od klasy IV do VIII, co pozwala na stopniowe, konsekwentne budowanie świadomości zdrowotnej od najmłodszych lat. Tym, co mnie pozytywnie zaskoczyło w programie dla szkół podstawowych jest, chociażby temat dotyczący tego, jak przygotować się do wizyty u lekarza. Wśród tematów nie zabrakło również tematów związanych z udzielaniem pierwszej pomocy.

W szkołach ponadpodstawowych treści stają się bardziej złożone i odzwierciedlają wyzwania charakterystyczne dla okresu dorastania i wczesnej dorosłości. Uczniowie uczą się o zdrowiu psychicznym, uczą się rozpoznawać symptomy kryzysów emocjonalnych i wiedzą, gdzie szukać pomocy. Omawiana jest profilaktyka uzależnień – nie tylko od substancji psychoaktywnych, ale też od nowych technologii i mediów społecznościowych. W programie znalazły się także treści dotyczące zdrowia środowiskowego – świadomości wpływu otoczenia na dobrostan człowieka – oraz wiedza o systemie ochrony zdrowia i prawach pacjenta, co pozwala młodzieży orientować się w realiach funkcjonowania opieki zdrowotnej w Polsce.

Takie podejście odpowiada na realne wyzwania zdrowia publicznego w Polsce. Mierzymy się z wysokim poziomem otyłości wśród dzieci i młodzieży, który systematycznie rośnie od lat i plasuje nas w niechlubnej czołówce Europy. Z roku na rok obserwujemy też rosnące wskaźniki zaburzeń psychicznych wśród nastolatków – depresji, lęków czy problemów adaptacyjnych. Do tego dochodzi niski poziom świadomości dotyczącej badań profilaktycznych, co skutkuje opóźnioną diagnostyką wielu chorób przewlekłych.

Ważnym elementem edukacji zdrowotnej w szkołach ponadpodstawowych jest także zdrowie seksualne. Nie chodzi tu wyłącznie o biologiczne aspekty dojrzewania, ale o całościowe przygotowanie młodzieży do odpowiedzialnych decyzji. Badania pokazują, że brak rzetelnej edukacji seksualnej zwiększa ryzyko podejmowania ryzykownych zachowań, wcześniejszej inicjacji seksualnej bez zabezpieczenia oraz rozprzestrzeniania się chorób przenoszonych drogą płciową. Polska od lat notuje jeden z najwyższych w Europie wzrostów zakażeń HIV wśród młodych dorosłych, a liczba przypadków kiły i rzeżączki rośnie w tempie alarmującym.

Rozmowa o seksualności to również kwestia zdrowia psychicznego i bezpieczeństwa. Młodzież potrzebuje wiedzy o granicach, zgodzie, poszanowaniu ciała i relacjach opartych na szacunku. To właśnie brak takich rozmów sprzyja przemocy rówieśniczej, sextingowi bez świadomości konsekwencji czy trudnościom w identyfikacji zachowań przemocowych. Odpowiednio prowadzona edukacja zdrowotna daje narzędzia, by chronić siebie i innych, zamiast pozostawiać młodzież samą wobec dezinformacji z internetu czy presji rówieśników.

Edukacja zdrowotna nie jest więc dodatkiem, lecz odpowiedzią na te wyzwania. To inwestycja w zdrowsze społeczeństwo, w którym młodzi ludzie uczą się od początku, że zdrowie – fizyczne, psychiczne i seksualne – jest wartością, którą trzeba świadomie pielęgnować.

Polityka kontra fakty

Burza wokół edukacji zdrowotnej ma niewiele wspólnego z jej rzeczywistymi treściami. Episkopat i część polityków prawicy wezwała rodziców do wypisywania dzieci, używając mocnych sformułowań o „seksualizacji”, „deprawacji” i „łamaniu sumień”. Te narracje zbudowano w oparciu o emocje, nie o fakty – a ich skutkiem jest wzbudzanie lęku i nieufności wobec szkoły. Minister edukacji Barbara Nowacka odpowiedziała równie ostrym językiem, mówiąc o „pornolobby” i podkreślając, że edukacja zdrowotna ma chronić młodzież przed dezinformacją, przemocą i przymusem. W efekcie obie strony politycznego sporu wzmocniły polaryzację, zamiast uspokoić debatę i skupić się na tym, co najważniejsze – na zdrowiu uczniów.

Analiza podstawy programowej jasno pokazuje, że źródłem kontrowersji nie są treści o charakterze ideologicznym, ale fakt, że szkoła podejmuje tematy, które w wielu domach nadal pozostają tabu. Rozmowa o emocjach, dojrzewaniu, granicach cielesnych, higienie czy zdrowiu psychicznym dla części dorosłych jest wstydliwa lub trudna. Jednak unikanie tych tematów nie sprawia, że problemy znikają – przeciwnie, młodzież poszukuje odpowiedzi w internecie, gdzie trafia na treści z pornografii, forów pełnych dezinformacji czy niebezpiecznych „poradników”. Badania NIK i UNICEF wskazują, że coraz więcej polskich nastolatków zmaga się z depresją, zaburzeniami odżywiania i uzależnieniami cyfrowymi. Milczenie dorosłych nie jest więc ochroną, ale ryzykiem.

Media w naturalny sposób podchwyciły narrację o masowych rezygnacjach uczniów. Rzeczywiście, w wielu szkołach młodzież traktuje edukację zdrowotną jak „WDŻ w nowym opakowaniu” i nie widzi w nim wartości dodanej. Jednak to bardziej efekt złej komunikacji niż samej podstawy programowej. Brak wyjaśnienia, że przedmiot jest czymś zupełnie nowym – że uczy praktycznych umiejętności, takich jak radzenie sobie ze stresem, rozpoznawanie objawów kryzysu psychicznego czy korzystanie z systemu ochrony zdrowia – sprawia, że wizerunek edukacji zdrowotnej został od początku źle ustawiony. Bez kampanii informacyjnych i wsparcia dla nauczycieli łatwo utrwali się przekonanie, że to tylko „kolejna godzina do odhaczenia”.

Problem polega na tym, że polityczna wojna i medialne uproszczenia całkowicie odciągają uwagę od kluczowego faktu: edukacja zdrowotna jest odpowiedzią na twarde dane o fatalnym stanie kompetencji zdrowotnych Polaków. Dyskutując o „seksualizacji”, tracimy z oczu realne wyzwania – niski poziom wiedzy o profilaktyce, brak umiejętności korzystania z systemu opieki zdrowotnej czy dramatyczne zaniedbania higieniczne i zdrowotne wśród młodzieży. Jeśli zamiast faktów wybierzemy ideologiczne spory, zaprzepaścimy szansę na zmianę, która może w długiej perspektywie przynieść Polsce zdrowsze, bardziej świadome społeczeństwo.

Dlaczego nie stać nas na rezygnację z edukacji zdrowotnej?

Eksperci zdrowia publicznego są zgodni: brak kompetencji zdrowotnych kosztuje – i to nie tylko w sensie metaforycznym, ale bardzo konkretnie, w złotówkach i w ludzkim cierpieniu. Osoby nieprzygotowane do świadomego dbania o zdrowie częściej trafiają do szpitali, szybciej rozwijają choroby przewlekłe, nie korzystają z badań profilaktycznych i generują wyższe koszty leczenia. W praktyce oznacza to większe obciążenie systemu ochrony zdrowia, który i tak balansuje na granicy wydolności kadrowej i finansowej. Każdy niepotrzebny pobyt w szpitalu, każda źle rozumiana recepta czy zlekceważone objawy to realne obciążenie budżetu państwa i dramat w życiu konkretnego pacjenta.

Jeśli w Polsce aż połowa dorosłych ma ograniczoną zdolność do rozumienia informacji medycznych, to nie możemy liczyć, że problem rozwiąże się sam. Przeciwnie – brak działań edukacyjnych będzie tylko pogłębiał różnice między tymi, którzy mają dostęp do wiedzy, a tymi, którzy jej nie posiadają. To prosta droga do powiększania nierówności zdrowotnych i społecznych. Edukacja zdrowotna w szkołach daje szansę, aby przyszłe pokolenia dorastały z kompetencjami, których ich rodzicom i dziadkom dramatycznie zabrakło. To inwestycja nie tylko w zdrowie, ale i w równość – bo każdy uczeń, niezależnie od środowiska, otrzymuje takie same podstawy wiedzy.

Tak jak uczymy dzieci matematyki, by umiały liczyć, i języka polskiego, by potrafiły mówić i pisać, tak samo musimy uczyć ich zdrowia – by umiały żyć. Bez tego nie będziemy społeczeństwem nowoczesnym ani odpowiedzialnym. Nie stworzymy państwa, w którym decyzje zdrowotne podejmuje się świadomie, a profilaktyka staje się normą. Brak edukacji zdrowotnej oznacza trwanie w błędnym kole: późne diagnozy, przewlekłe choroby, wysokie koszty i niska jakość życia.

To nie jest kwestia światopoglądu, lecz podstawowego bezpieczeństwa zdrowotnego obywateli. Dlatego edukacja zdrowotna nie powinna być ofiarą politycznej wojny ani polem walki ideologicznej. Musi stać się wspólnym projektem ponad podziałami – tak jak szczepienia ochronne, czysta woda czy bezpieczeństwo na drogach. Państwo, które rezygnuje z edukacji zdrowotnej, rezygnuje z przyszłości zdrowszych obywateli. A na taki luksus Polska po prostu nie może sobie pozwolić.

Moja jedyna wątpliwość: kto będzie uczył edukacji zdrowotnej?

Po przeczytaniu programów nauczania mam tylko jedną obawę, która dotyczy wprowadzenia do szkół edukacji zdrowotnej – dotyczy ona przygotowania kadry nauczycielskiej. Chociaż bardzo daleki jestem od jakichkolwiek sympatii wobec dzisiejszych władz Ministerstwa Edukacji Narodowej, muszę przyznać, że program jest dobrze przemyślany, odpowiada na realne potrzeby zdrowotne społeczeństwa i ma potencjał, by stać się jednym z najważniejszych elementów polskiej szkoły. Jednak jego powodzenie zależy od tego, kto faktycznie stanie przed klasą.

Nauczanie edukacji zdrowotnej wymaga od nauczycieli kompetencji, które znacznie wykraczają poza tradycyjne prowadzenie lekcji biologii czy dawnego WDŻ. Tu nie chodzi tylko o przekazanie wiedzy teoretycznej, ale o umiejętność prowadzenia rozmów o trudnych tematach – emocjach, stresie, dojrzewaniu, zdrowiu psychicznym, seksualności, pierwszej pomocy, zdrowiu publicznym i środowiskowym czy granicach cielesnych. To obszary wymagające nie tylko specjalistycznej wiedzy, ale także empatii, taktu pedagogicznego i umiejętności budowania atmosfery zaufania.

Nie każdy nauczyciel biologii czy WDŻ będzie automatycznie dobrym edukatorem zdrowotnym. Biologia uczy mechanizmów funkcjonowania organizmu, WDŻ skupiało się głównie na rodzinie i seksualności, natomiast edukacja zdrowotna ma znacznie szerszy i bardziej zintegrowany charakter. To przedmiot, który łączy medycynę, psychologię, pedagogikę i zdrowie publiczne. Dlatego nauczyciele potrzebują nowego przygotowania – specjalistycznych kursów, szkoleń, a najlepiej interdyscyplinarnego wsparcia ze strony ekspertów.

Edukator zdrowotny to ktoś więcej niż nauczyciel przedmiotu. To osoba przygotowana merytorycznie i metodycznie do prowadzenia rozmów o zdrowiu w jego pełnym, holistycznym wymiarze. Powinien posiadać szeroką wiedzę, a przy tym umiejętności komunikacyjne i pedagogiczne. Dobry edukator zdrowotny potrafi rozmawiać z młodzieżą bez moralizowania, w sposób partnerski, a jednocześnie odpowiedzialny i oparty na nauce. To rola bardziej zbliżona do przewodnika i mentora niż do klasycznego belfra z dziennikiem w ręku.

Bez inwestycji w przygotowanie takich edukatorów edukacja zdrowotna może pozostać tylko dobrze brzmiącym zapisem w podstawie programowej. Zamiast realnej zmiany, uczniowie dostaną kolejną „odfajkowaną” godzinę. Dlatego tak ważne jest, aby państwo nie tylko wprowadziło nowy przedmiot, ale też zadbało o to, by osoby go prowadzące były przygotowane do rozmów z młodzieżą o sprawach fundamentalnych. To one zdecydują, czy edukacja zdrowotna stanie się żywą lekcją o życiu, czy tylko kolejnym punktem w planie zajęć.

Picture of Adam Stępka

Adam Stępka

Autor tego bloga. Specjalista public relations oraz ratownik medyczny. W swojej codziennej pracy nie tylko ratuje ludzkie życie, ale także wizerunek podmiotów medycznych.

  1. Sørensen, K., Pelikan, J., Röthlin, F., et al. (2015). Health literacy in Europe: comparative results of the European health literacy survey (HLS-EU). European Journal of Public Health, 25(6), 1053–1058.
  2. Gajda, R., & Włodarczyk, C. (2018). Kompetencje zdrowotne Polaków. Szkoła Zdrowia Publicznego CMKP, Warszawa.
  3. WHO. (2016). Health literacy. The case for action. WHO Regional Office for Europe.
  4. Bartkowiak, A., & Kołłajtis-Dołowy, A. (2010). Higiena wieku dojrzewania. Warszawa.